sobota, 26 grudnia 2015

Lęk przed dorastaniem

Tytuł na dzisiaj? „Życie nie gryzie”, czy też z angielskiego „Laggies”.
 Jak to w Święta, gdy Kevin znów został sam w domu, a śledziki zniknęły z talerzy nadeszła pora by w słodkim lenistwie obejrzeć jakiś film. Wraz z rodzicami zdecydowaliśmy się właśnie na „Życie nie gryzie”. Mamie nie spodobał się za bardzo. Tata uznał go za idealny, lekki film na wieczór. Przewidywalny ale miły. A mnie przeraził. Bo był  lekki i przyjemny do oglądania. Chyba , że w pewnym momencie uświadamiasz sobie, że przypominasz główną bohaterkę. Ale , żeby o tym pomówić najpierw lekko nakreślę fabułę filmu.
Megan (Keira Knightley) ma dwadzieścia parę lat. Od czasów liceum nic nie zmieniło się w jej życiu. Mimo ukończenia studiów wciąż pracuję u ojca jako „dziewczyna ze znakiem”, zadaję się z swoją licealną paczką, mieszka z swoją sympatią z tamtych czasów. Nie wie co chcę robić z swoim życiem, więc pozwala innym decydować za siebie. W pewnym momencie okazuję się , że już nie pasuję do swoich przyjaciół, którzy zaczęli „poważnieć”, a ona wciąż chcę pozostać dawną sobą. Do tego wszystko na raz wali się jej na głowę. Widzi ojca zdradzającego jej matkę. Zostaję poproszona by zostać chrzestną. Chłopak się jej oświadcza. Wtedy Megan panikuję. I o dziwo właśnie w tym czasie jej ścieżka krzyżuję się z nastoletnią  Anniką i jej ojcem.  Dziewczyna stoi na krawędzi dorosłości i boi się dać ten ostatni decydujący krok…
Sama mam 20 lat. Nie jest to tak dużo jak Megan , ale znam jej rozterki. Dlatego ten film tak bardzo mnie przeraził. Bo widziałam w nim siebie za kilka lat. Już teraz widzę jak moi znajomi zakładają rodziny, statkują się, poważnie myślą o przyszłości.  Z drugiej zaś strony jestem ja. Moje plany co do przyszłości ograniczają się do tego, że od jesieni chcę wrócić na studia. Tym razem zaoczne.  Gdy wracam z pracy najczęściej zjadam obiad, spędzam chwilę z rodziną, oglądam odcinek serialu i padam z nóg. Nie chcę mi się nawet wychodzić do ludzi ( choć to akurat może być efektem tego , że w pracy muszę być miała dla ludzi nawet jak mnie wkurzają).
Jeśli ktoś z was też boi się tego co może przynieść za sobą dorosłość, polecam ten film. Może tak jak ja zaczniecie myśleć o tym co nadchodzi nieco poważniej. A może zauważycie , że dorosłość nie jest taka zła?
Chociaż jedno jest pewne. Najlepsze już za nami. Nigdy nie będziemy znowu dziećmi które radują się z wszystkiego, a gdy usną w salonie w magiczny sposób przenoszą się do łóżka. Zostaje nam tylko nadzieja na to, że tak jak kiedyś tak i w przyszłości wciąż będziemy potrafili oglądać świat widząc w nim odrobinę magii.
Tymczasem….Skoro na tę święta nie spadł śnieg, może zobaczymy go chociaż na Wielkanoc?  Nieco spóźnione Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! I obyście na zawsze choć po części zostali dziećmi!

niedziela, 20 grudnia 2015

"I have a bad feeling about this."

Ta kwestia rozbrzmiewała mi w głowie gdy przekraczałam próg kina.  Bałam się , że „Przebudzenie Mocy” nie okaże się godną kontynuacją jednej z moich ukochanych serii. Nie mogłam się bardziej mylić. Pomimo kilku dość słabych momentów oraz dwóch faktów przez które moje serce wciąż krwawi, film naprawdę mi się spodobał.
Zacznijmy od początku. Gdy na zajęłam swoje miejsce na sali w towarzystwie mojego brata i jego dziewczyny, szybko zauważyłam jedną rzecz. Zaniżaliśmy średnią wieku osób tam. Jako dwudziestolatka, byłam jedną z najmłodszych osób na sali. Przewagę miały osoby trzydziesto-czterdziestoletnie. Przypomniało mi to, że Gwiezdne Wojny były przez długi czas zapomniane przez moich rówieśników. Ale widocznie wciąż zajmowały ciepłe miejsca w sercach ludzi którzy poprzednie części także mogli zobaczyć w kinach.
Zaczyna się melodyjka którą wszyscy tak dobrze znamy. Układam się wygodniej w fotelu i łapie ostrość okularów (myślę , że wszystkie osoby które noszą na co dzień okulary i czasami wybierają się na filmy w 3D rozumieją o co mi chodzi). Przez pierwsze minuty byłam niepewna. Jednak szybko zauważyłam, że ten film ma to co najlepsze z swoich poprzedników.  Klimat, piękne krajobrazy, odrobinę humoru połączoną z powagą.  I kosmos. Wspaniały, przepełniony Mocą kosmos.

Ostrzegam , że dalsza część zawiera spoliery, więc osoby które jeszcze nie oglądały, zapraszam ponownie później. Po zapoznaniu się z nową stroną mocy. A więc teraz czas na przemyślenia, obserwacje i zażalenia.
BB8- kolejny mały, uroczy robot. Zapewne miał zastąpić R2D2. No cóż, to mu się nie udało, ale i tak był uroczy. Wywołał u mnie kilka salw śmiechu i oczarowanych westchnień. Ulubiony moment z nim? Gdy pokazuję Finnowi zapalnik. Gdy już mowa o robotach- C3PO i jego idealne wyczucie chwili jak zwykle było wspaniałe. Zaś R2, choć brał udział w akcji tylko chwilę , zdążył uratować sytuacje. Jak zwykle. Gdyby nie R2D2 Jedi przestaliby istnieć już dawno temu. Czy ktoś z was także doszedł do wniosku, że najwyższa pora nauczyć się języka robotów? Chciałabym wiedzieć, chociażby, za co nasz mały biało-niebieski ulubieniec dostał po głowie od C3.
Kolejna sprawa. W końcu zobaczyliśmy szturmowca który celnie strzelał. I co się stało? Tak! Przeszedł na stronę rebeliantów. Wniosek jest prosty. Złym możesz być tylko jeśli nie masz cela.
Rey. Spójrzcie tylko na nią. Czekająca i ciężko pracująca na pustynnej planecie. Posiada niezwykle potężną Moc.  Potrafi jej używać całkiem nieźle, choć nigdy nie trenowała. Przyzywał ją miecz Anakina i Luka. Ona zdecydowanie jest Skywalkerem.  Jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości….Nazwała Sokoła Milenium śmieciem. Przecież to cecha typowa dla tego rodu!
„Jesteśmy w domu Chewie”.  Han Solo powraca na Sokoła. Aż łezka kręci się w oku. Oczywiście wrócił też do starego zajęcia. Nigdy nie wątpiłam w to, że na nowo zostanie największym kanciarzem w całym wszechświecie. Podobały mi się też różne skojarzenia Finna i Rey. Ten pierwszy od razu skojarzył Hana z jednym z największych rebeliantów. Zaś Rey, jako najwspanialszego przemytnika. Bo oto nasz Han. Najlepszy przemytnik wśród bohaterów.  Boże jak Ja za Nim tęskniłam. I tu dochodzimy do momentu którego nie akceptuje. Śmierć Hana. Po prostu nie akceptuje tego faktu więc nie będę się nawet nad tym rozpisywać . Powiem Wam tylko, że mój okrzyk „To niesprawiedliwe!” zaginął wśród szumu jaki powstał na Sali w tym momencie. Zaś chłopak siedzący za mną ładnie podsumował tą sytuacje „ Pieprzyć taki rozwój sytuacji. Wychodzę stąd”.
Po raz kolejny otrzymaliśmy także ulepszoną Gwiazdę Śmierci, którą i tym razem udało się rozwalić małym statkiem który wleciał do jednego z jej ważniejszych elementów. Nah, po co ulepszać budowę.
Kylo Ren. Gdy pojawił się po raz pierwszy na ekranie, poczułam zew Ciemnej Strony. Gdy się odezwał aż dostałam ciarki. Idealny Sith.  Mroczny. Silny. Z postawą aż krzyczącą o jego potędze. O głosie który kusi by się do niego przyłączyć. No ale…Potem ściągnął maskę. I naprawdę wolałabym żeby tego nie robił. Czy tylko ja uważam , że wygląda jak młody Snape?! Nawet głosu już tak fajnego nie miał… Dostał też humorków. Serio? I ta jego mania by być jak Vader. Powinien pojawić się duch Anakina ( moc by na to pozwoliła czyż nie? Coś podobnego miało miejsce z Kenobim przecież) i uświadomić wnuka, że na koniec nawet on powrócił do światła. Poza tym…Ben. Ben Solo. Moment gdy pada jego imię. Też poczuliście ten ból? Został nazwany po Obi-wanie!

Chciałabym napisać  jeszcze dużo. Wyrzucić z siebie te wszystkie emocje i przemyślenia. Niestety muszę zbierać się do pracy. Grrrr….
Ogólnie rzecz biorąc, pragnę także dodać, że już w zeszłym tygodniu dwukrotnie brałam się za pisanie nowej notki- o „Kosogłosie” i książce „Ja, diablica”. Jednak jakoś nie miałam motywacji by dokończyć. Dopiero odległa galaktyka mnie do tego zachęciła.
Jedno pytanie na koniec. Po której stronie Mocy Wy się opowiadacie?


Niech Moc będzie z Wami!

niedziela, 6 grudnia 2015

Bolesne , długie początki.

Chciałam by ten pierwszy post był wyjątkowy. Poruszał do głębi i przekazywał ważne informacje. Dlatego zwlekałam z napisaniem go aż trafi mi się coś wyjątkowego. Jednak zawsze gdy coś takiego miało już miejsce, okazywało się , że  nie mam wystarczająco czasu by to opisać. Albo chęci. Spójrzmy prawdzie w oczy. Każdy ma czasem takiego lenia, że nie jest w stanie zrobić nawet czegoś, co w sumie chcę zrobić.
Dziś jednak w końcu postanowiłam się za to zabrać. Dlaczego? Bo po raz pierwszy od dawna mam wolny weekend by coś przeczytać i obejrzeć w spokoju. Poza tym zmotywowałam się. Moja przyjaciółka , która także postanowiła założyć bloga mniej więcej w tym czasie co ja , wstawiła ostatnio swój pierwszy post. Dlaczego więc nie miałabym zrobić tego samego.

Na początku chcę się Wam poskarżyć.  Na seriale. Człowiek , po pewnej przerwie postanawia zabrać się za nadrabianie zaległości. Wybiera seriale które najbardziej pasują mu do humoru i skończyły się w takim momencie, że nie można doczekać się ciągu dalszego.  Albo po prostu dlatego , że chcę.

Każdy chciałby zobaczyć wtedy dużo akcji, trochę humoru , coś co poruszy serce. Ja wybrałam „Once Upon A Time” oraz „Doctora Who”. (Oba seriale postaram się w najbliższym  czasie wam przybliżyć i ocenić). Jednak to co zobaczyłam zdecydowanie odbiegało od tego co chciałam zobaczyć.  Bo ja rozumiem, że można zabić jakąś postać. Ale pytam się czy scenarzyści zmówili się by w tym samym tygodniu zabić dwie bardzo lubiane przeze mnie postacie w różnych serialach?
Uwaga Spoiler!
Rozumiem decyzję jaką podjęto w odcinku „Face the Raven” Doctora. Clara gościła na ekranie już dość długo. A jeśli Doctor czegoś uczy ,to właśnie tego by się nie przywiązywać , bo każdy zginie. Zarówno jak w prawdziwym życiu, tak i tutaj strata nie jest czymś niezwykłym. Jej śmierć bolała , ale nie była zaskakująca. Po prostu nadszedł jej czas.
Zaś jeśli  chodzi o „ Once Upone A Time” scenarzyści zdecydowanie przesadzili. Na początku sezonu wprowadzili postać , która chyba zdobyła serca wszystkich. A jakże by inaczej? Idealne połączenie magii, humoru, dojrzałości, tajemniczości i… spójrzmy prawdzie w oczy- przystojności. Merlin. Bo to o Nim oczywiście mowa, nie był szarą postacią. Wniósł do tego sezonu wiele. Skąd więc decyzja , by po kilku odcinkach go zabić?  Miażdży to serce.  Dosłownie i w przenośni.  Jego wątku nie uznaje za zakończony. Liczę na to, że serial jeszcze w jakiś sposób wykorzysta jego postać. Zwłaszcza biorąc pod uwagę , że nasz czarodziej widocznie przewidział swoją śmierć, więc jak mógł do niej tak zwyczajnie dopuścić? 
Żale zakończone. A wraz z nimi będę kończyć tą notkę. Wieczorem wybieram się na „Kosogłosa” , zostało mi także tylko pół książki „Ja, potępiona”. Możecie się więc spodziewać kolejnych rozmyślań całkiem niedługo.  Tymczasem…
Miłego Mikołajkowego wieczoru!