sobota, 11 listopada 2017

Kanapa

Słoik nie ma litości. Po piratach i batmanie podało na…Kanapę.  Tekst jednak jakimś cudem powstał. Czy jest dobry? To oceńcie sami.


To nie jest moja historia. Nikt, nigdy nie chce słyszeć historii takich jak ja. Ale mi to nie przeszkadza. Mój los nie jest ciekawy. Sam niewiele robię. Jednak jestem świadkiem wielu rzeczy. Tym razem jednak powiem Wam coś o sobie. Żebyście lepiej zrozumieli ICH historię.
Pochodzę z krainy zwanej „Ikea”. Nie pamiętam jak się tam znalazłem. Pamiętam jedynie ciemność i ciszę , przerywaną mechanicznymi odgłosami. Podobno byłem w części nazywanej „Magazynem”. Aż zjawiły się One. Wybrały mnie. Następne co pamiętam to niezbyt wygodna podróż. Potem ktoś mnie niósł narzekając na to ile ważę. Twierdził, że jestem ciężki. Nie zgadzam się. Jestem jedynie słusznej postury. W końcu, by być wygodnym, muszę być nieco puszysty, prawda? Gdyby ktoś chciał siedzieć na samych deskach to kupiłby krzesło. One natomiast kupiły właśnie MNIE. Pamiętam gdy pierwszy raz je zobaczyłem. Trzy uśmiechnięte dziewczyny, zerwały folie która mnie krępowała. Od razu rzuciły się w moje objęcia, radując się z tego jaki wygodny byłem. Już pierwszego dnia dowiedziałem się, że niedawno skończyły coś, co nazywa się „studiami” i teraz dekorują pierwsze własne mieszkanie. Byłem jedną z pierwszych rzeczy które kupiły. Spędziłem z nimi długie lata. Byłem tam gdy oglądały horrory, ukrywając się za moimi poduszkami. Gdy piły wino odpoczywając po ciężkim dniu. Gdy chorowały, starałem się ogrzać je swoim ciepłem. Byłem gdy urządzały nocne seanse filmowe. Na imprezach też byłem. Byłem gdy przychodziły przyjaciółki. Gdy pozwalały by ich ukochani obejmowali je czule i wtedy gdy płakały gdy odchodzili. Widziałem uśmiechy, łzy. Słyszałem śmiech, fałszywe śpiewanie, krzyki złości. Pozwalałem by na mnie spały, skakały, tańczyły i robiły inne rzeczy. Znosiłem kocie pazury, plamy po kawie i okruszki ciastek. Cieszyłem się z tego, że jestem częścią ich życia. I jestem tu dzisiaj.
Jedna wyprowadziła się już do innego miasta. Druga właśnie pakowała swoje rzeczy by zamieszkać z  narzeczonym. Patrzyłem na nią tęsknię gdy zamykały się drzwi.
-Zostałam tylko ja- powiedziała ostatnia, owijając się kocem,  po raz kolejny padając w moje ramiona.

Chciałem jej powiedzieć, że to nieprawda. Przecież wciąż miała mnie.  Ale przecież nie mogła mnie usłyszeć. Człowiek nigdy nie zrozumie słów kanapy. 

wtorek, 7 listopada 2017

Cena pokoju- III Bal

III
Bal
„The other night
I had a dream
There was a world full of kings and queens
But it was cold
Dark as the night
We were the fire on the monolith skies

We were divided
We were the same
And we were free
But we all wore chains
We could've see it
What we created
The place between truth and overrated”
               
                Czarna limuzyna sunęła powoli, po żwirowym podjeździe, w stronę białej willi na wzgórzu.  Dojazd zapewne byłby zdecydowanie szybszy gdyby nie fakt, że na podjeździe zatrzymywały się już inne samochody. Zaś dwójka młodzieńców zatrudnionych do ich parkowania z ledwością nadążała z swoim zadaniem.
-Twój brat jak zwykle nie przemyślał wszystkiego. Przy takiej ilości gości potrzeba przynajmniej czterech parkingowych- stwierdziła Persefona, z wyraźnym znudzeniem patrząc za szybę.
-Miał ważniejsze sprawy na głowie- odparł spokojnie mężczyzna, poprawiając czerwony krawat. Oprócz czerwonego pierścienia był to jedyny kolorowy akcent w jego czarnym stroju.
- Oczywiście. Ale czy nie od tego ma wszystkich tych pracowników by pomyśleli o tym zamiast niego?-zauważyła- Chyba w końcu za coś im płaci.
-Odpuść kochanie.-poprosił czarnowłosy, przenosząc swoją uwagę na dwójkę młodzieńców między którymi siedziała Sille. Jak zwykle ubrani całkowicie w czerń, jedynie na prawych dłoniach połyskiwały czerwienią klejnoty w ich sygnetach- Zgaduje, że Wasza dwójka  jak zwykle będzie milczeć i nie obdarzy wuja ani słowem?
Odpowiedziały mu tylko dwa uśmiechy które pojawiły się na twarzach młodzieńców nadzwyczaj synchronicznie. Uśmiechy, które kryły w sobie jakąś groźbę…
-Moi bracia sugerują, że mógłbyś nie zadawać pytań na które znasz odpowiedzi.-powiedziała dziewczyna uśmiechając się łagodnie. Kontras między jej uśmiechem, a tym prezentowanym przez bliźniaków był tak wielki, że wydawało się to jeszcze bardziej niepokojące. 
Chłopacy równocześnie skinęli głowami, patrząc ojcu prosto w oczy.
-Tylko postarajcie się nikogo o zawał nie przyprawić, dobrze? Będzie tu dziś kilka osób nieprzyzwyczajonych do…Was. Tym razem nawet ja nie chcę scen.  Cała Wasza trójka ma się dziś zachowywać przyzwoicie.- „przywozicie” w jego ustach znaczyło tylko jedno. Jeśli zrobią coś źle w domu czeka na nich piekło. Dosłownie. To tylko potwierdziło przekonanie Sille, że dziś ma wydarzyć się coś nadzwyczaj niezwykłego i ważnego. Zazwyczaj, bowiem, ojciec, nie zwracał uwagi na ich ekscesy. Co najwyżej sam się z nich śmiał. Spojrzała na braci w poszukiwaniu jakiegoś tropu. Niepotrzebnie. Oni też nic nie wiedzieli.
Samochód zatrzymał się, jednak gdy rodzeństwo zaczęło podnosić się by wyjść, mężczyzna zatrzymał ich gestem:
-Jeszcze jedno. Proszę Was byście pamiętali o jednym. Choć jestem Waszym ojcem to nie zawsze moje zdanie ma znaczenie. Czasem liczy się to co najważniejsze dla naszego rodu. Musimy robić wszystko by przetrwał-powiedział poważnym głosem, patrząc, całej trójce po kolei w oczy. Potem przeniósł wzrok na swoją żonę a jego twarz wyraźnie się rozpogodziła. –A teraz idźcie. Bawcie się dobrze i pokażcie wszystkim , że jesteście prawdziwie z mojej krwi. Rozkręćcie tą imprezę- nakazał posyłając im szeroki uśmiech. Odpowiedzieli mu tym samym.
  Do budynku wkroczyli jak zwykle. Małżeństwo na przedzie, oczywiście pod ramie, a kilka kroków za nimi rodzeństwo. Sille pomiędzy swoimi przyrodnimi braćmi, którzy prowadzili ją pod ramie. Teraz wyglądali, jakby  różnica wieku między nimi była mała, chłopacy wyglądali na jakieś dwadzieścia osiem lat, czyli zaledwie pięć lat więcej niż ich siostra. Prawda jednak, jak zwykle była o wiele  bardziej skomplikowana.
-Witaj wuju. Miło nam znów Ciebie widzieć- powiedziała Sille, kłaniając się lekko w stronę  siwowłosego, dostojnego mężczyzny witającego swoich gości.
-Sille, Archi, Télos. Cieszę się móc znów Was widzieć. Niemal się nie zmieniliście. Ty, księżniczko, jak zwykle olśniewasz swą urodą, zaś Twoi bracia wyglądają jakby mieli niedługo zająć miejsce Waszego ojca. -mężczyzna uśmiechnął się , uścisnąwszy im dłonie.
- Na szczęście nie spieszy im się do tego. –zapewnił mężczyzna, zajmując miejsce obok swych potomków. –Bracie.
-Hadesie. Liczę, że znajdziesz chwilę na rozmowę, gdy powitam już wszystkich gości.- dziwnym trafem nie zabrzmiało to ani trochę na pytanie. Jego spojrzenie sugerowało wręcz, że nie ma cienia szansy na zaakceptowanie odmowy. – Do tego czasu, wszyscy, bawcie się dobrze. Zapewniam Was, że dzisiejszy wieczór będzie doskonałą okazją do zawarcia kilku nowych znajomości.  Tymczasem, przepraszam Was, ale muszę wracać do swoich zajęć.
Sille skinęła wujowi na pożegnanie i pociągnęła braci w głąb sali, gdzie dostrzegła już znajomą, blond czuprynę swojego przyjaciela.
***
                Wieczór powoli się rozkręcał. Rytmiczna, ale klasyczna muzyka rozbrzmiewała w tle, podczas gdy schodzili się coraz to liczniejsi goście. Sille musiała przyznać racje wujowi. Wielu z tych osób nie znała. Jednakże zauważyła jedno. Wszyscy, dziwni, nowoprzybyli obserwowali ją uważnie. Niektórzy starali się być dyskretni i odwracali wzrok, gdy patrzyła w ich stronę. Innych zaś nie raziło nawet gdy Ona zaczynała przypatrywać się im. Jednak gdy próbowała podejść i rozpocząć z nimi rozmowę, od razu znajdowali sobie inne zajęcie. Jak gdyby obawiali się jej towarzystwa.
Po pewnym czasie stało się to nieco męczące. Dlatego Sille, mimo niemym protestom jej braci i głośnym prośbą  Lucasa, postanowiła odpocząć trochę od tego całego towarzystwa. Potrzebowała tylko albo wymówki, albo szansy by zniknąć niepostrzeżenie. Na szczęście, druga opcja szybko stała się możliwa. Zjawili się bowiem  kolejni goście, jednak tym razem  musiał to być ktoś ważniejszy, bowiem uwaga wszystkich skupiła się na drzwiach wejściowych. Ciemnowłosa bez cienia wątpliwości, skorzystała z okazji i ukradkiem czmychnęła przez drzwi balkonowe, po drodze zabierając lampkę szampana. Trzecią tego wieczoru.
***
                Stali tam wszyscy razem, jak gdyby nigdy nic. Rozmawiali. Śmieli się. Tańczyli. Jaki to niby miało mieć sens?  Przecież doskonale wiedzieli, że to wszystko pozory. Maski które przybrali ze względu na jakiś, kolejny, głupi plan. Przecież do tej pory nie mieszaliby się. A gdyby tak, to jedynie w walce. Może ma to coś wspólnego , z tym ludzkim powiedzonkiem? „Wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem.” Czy jakoś tak.  Koniec końców mieli teraz wspólnego wroga. Najgorszego z możliwych. Takiego którego nie da się pokonać . Chociażby próbowało się całe wieki nie da się przed nim uciec. Zapomnienie. To było najgorsze co mogło ich spotkać. Widocznie zaczęło to martwić głowy najwyższych skoro zebrano ich tu wszystkich razem. Nie rozumiał jednak dlaczego i On musiał przybyć. Wiedzieli przecież, że nie będzie z niego żadnego pożytku. Już od dawna odcinał się od swojej rodziny jak tylko było to możliwe. Chyba jednak kiepsko pojmowali aluzje, skoro zmusili go do przyjścia.
Na szczęście już na samym początku „balu” udało mu się wymknąć przez ogromny taras do ogrodu. Tutaj nikt go nie niepokoił. Mógł spokojnie siedzieć , na ławeczce, ukrytej w cieniu, za fontanną i popijać szkocką prosto z butelki.

                Gdy tak rozmyślał o plusach posiadania zdolności pozwalających na niepostrzeżone wymknięcie się z tłumu, zobaczył, że ktoś pojawił się na tarasie. Nie widział jej zbyt dobrze- może to przez odległość, może przez wieczorową porę , a może przez alkohol jego organizmie. Widział jednak czerwoną suknię i czarne włosy.  I nerwowe oglądanie się za plecy, by, jak podejrzewał, upewnić się, że nikt nie zauważył jej zniknięcia. Ktoś jednak zauważył. On. Uśmiechnął się mimowolnie. Może pora na odrobinę zabawy? Tym bardziej, że zbiegłszy schodów, ruszyła prosto w jego stronę.