III
Bal
„The other
night
I had a dream
There was a
world full of kings and queens
But it was
cold
Dark as the
night
We were the
fire on the monolith skies
We were
divided
We were the
same
And we were
free
But we all
wore chains
We could've
see it
What we
created
The place
between truth and overrated”
Czarna limuzyna sunęła
powoli, po żwirowym podjeździe, w stronę białej willi na wzgórzu. Dojazd zapewne byłby zdecydowanie szybszy
gdyby nie fakt, że na podjeździe zatrzymywały się już inne samochody. Zaś
dwójka młodzieńców zatrudnionych do ich parkowania z ledwością nadążała z swoim
zadaniem.
-Twój brat jak zwykle nie przemyślał wszystkiego. Przy
takiej ilości gości potrzeba przynajmniej czterech parkingowych- stwierdziła
Persefona, z wyraźnym znudzeniem patrząc za szybę.
-Miał ważniejsze sprawy na głowie- odparł spokojnie
mężczyzna, poprawiając czerwony krawat. Oprócz czerwonego pierścienia był to
jedyny kolorowy akcent w jego czarnym stroju.
- Oczywiście. Ale czy nie od tego ma wszystkich tych
pracowników by pomyśleli o tym zamiast niego?-zauważyła- Chyba w końcu za coś
im płaci.
-Odpuść kochanie.-poprosił czarnowłosy, przenosząc swoją
uwagę na dwójkę młodzieńców między którymi siedziała Sille. Jak zwykle ubrani
całkowicie w czerń, jedynie na prawych dłoniach połyskiwały czerwienią klejnoty
w ich sygnetach- Zgaduje, że Wasza dwójka
jak zwykle będzie milczeć i nie obdarzy wuja ani słowem?
Odpowiedziały mu tylko dwa uśmiechy które pojawiły się na
twarzach młodzieńców nadzwyczaj synchronicznie. Uśmiechy, które kryły w sobie
jakąś groźbę…
-Moi bracia sugerują, że mógłbyś nie zadawać pytań na które
znasz odpowiedzi.-powiedziała dziewczyna uśmiechając się łagodnie. Kontras
między jej uśmiechem, a tym prezentowanym przez bliźniaków był tak wielki, że
wydawało się to jeszcze bardziej niepokojące.
Chłopacy równocześnie skinęli głowami, patrząc ojcu prosto w
oczy.
-Tylko postarajcie się nikogo o zawał nie przyprawić,
dobrze? Będzie tu dziś kilka osób nieprzyzwyczajonych do…Was. Tym razem nawet
ja nie chcę scen. Cała Wasza trójka ma
się dziś zachowywać przyzwoicie.- „przywozicie” w jego ustach znaczyło tylko
jedno. Jeśli zrobią coś źle w domu czeka na nich piekło. Dosłownie. To tylko
potwierdziło przekonanie Sille, że dziś ma wydarzyć się coś nadzwyczaj
niezwykłego i ważnego. Zazwyczaj, bowiem, ojciec, nie zwracał uwagi na ich
ekscesy. Co najwyżej sam się z nich śmiał. Spojrzała na braci w poszukiwaniu
jakiegoś tropu. Niepotrzebnie. Oni też nic nie wiedzieli.
Samochód zatrzymał się, jednak gdy rodzeństwo zaczęło
podnosić się by wyjść, mężczyzna zatrzymał ich gestem:
-Jeszcze jedno. Proszę Was byście pamiętali o jednym. Choć
jestem Waszym ojcem to nie zawsze moje zdanie ma znaczenie. Czasem liczy się to
co najważniejsze dla naszego rodu. Musimy robić wszystko by
przetrwał-powiedział poważnym głosem, patrząc, całej trójce po kolei w oczy.
Potem przeniósł wzrok na swoją żonę a jego twarz wyraźnie się rozpogodziła. –A
teraz idźcie. Bawcie się dobrze i pokażcie wszystkim , że jesteście prawdziwie
z mojej krwi. Rozkręćcie tą imprezę- nakazał posyłając im szeroki uśmiech.
Odpowiedzieli mu tym samym.
Do budynku wkroczyli
jak zwykle. Małżeństwo na przedzie, oczywiście pod ramie, a kilka kroków za
nimi rodzeństwo. Sille pomiędzy swoimi przyrodnimi braćmi, którzy prowadzili ją
pod ramie. Teraz wyglądali, jakby
różnica wieku między nimi była mała, chłopacy wyglądali na jakieś
dwadzieścia osiem lat, czyli zaledwie pięć lat więcej niż ich siostra. Prawda
jednak, jak zwykle była o wiele bardziej
skomplikowana.
-Witaj wuju. Miło nam znów Ciebie widzieć- powiedziała
Sille, kłaniając się lekko w stronę siwowłosego,
dostojnego mężczyzny witającego swoich gości.
-Sille, Archi, Télos. Cieszę się móc znów Was widzieć.
Niemal się nie zmieniliście. Ty, księżniczko, jak zwykle olśniewasz swą urodą,
zaś Twoi bracia wyglądają jakby mieli niedługo zająć miejsce Waszego ojca.
-mężczyzna uśmiechnął się , uścisnąwszy im dłonie.
- Na szczęście nie spieszy im się do tego. –zapewnił
mężczyzna, zajmując miejsce obok swych potomków. –Bracie.
-Hadesie. Liczę, że znajdziesz chwilę na rozmowę, gdy
powitam już wszystkich gości.- dziwnym trafem nie zabrzmiało to ani trochę na
pytanie. Jego spojrzenie sugerowało wręcz, że nie ma cienia szansy na
zaakceptowanie odmowy. – Do tego czasu, wszyscy, bawcie się dobrze. Zapewniam
Was, że dzisiejszy wieczór będzie doskonałą okazją do zawarcia kilku nowych
znajomości. Tymczasem, przepraszam Was,
ale muszę wracać do swoich zajęć.
Sille skinęła wujowi na pożegnanie i pociągnęła braci w głąb
sali, gdzie dostrzegła już znajomą, blond czuprynę swojego przyjaciela.
***
Wieczór
powoli się rozkręcał. Rytmiczna, ale klasyczna muzyka rozbrzmiewała w tle,
podczas gdy schodzili się coraz to liczniejsi goście. Sille musiała przyznać
racje wujowi. Wielu z tych osób nie znała. Jednakże zauważyła jedno. Wszyscy,
dziwni, nowoprzybyli obserwowali ją uważnie. Niektórzy starali się być
dyskretni i odwracali wzrok, gdy patrzyła w ich stronę. Innych zaś nie raziło
nawet gdy Ona zaczynała przypatrywać się im. Jednak gdy próbowała podejść i
rozpocząć z nimi rozmowę, od razu znajdowali sobie inne zajęcie. Jak gdyby
obawiali się jej towarzystwa.
Po pewnym czasie stało się to
nieco męczące. Dlatego Sille, mimo niemym protestom jej braci i głośnym
prośbą Lucasa, postanowiła odpocząć
trochę od tego całego towarzystwa. Potrzebowała tylko albo wymówki, albo szansy
by zniknąć niepostrzeżenie. Na szczęście, druga opcja szybko stała się możliwa.
Zjawili się bowiem kolejni goście,
jednak tym razem musiał to być ktoś
ważniejszy, bowiem uwaga wszystkich skupiła się na drzwiach wejściowych.
Ciemnowłosa bez cienia wątpliwości, skorzystała z okazji i ukradkiem czmychnęła
przez drzwi balkonowe, po drodze zabierając lampkę szampana. Trzecią tego
wieczoru.
***
Stali
tam wszyscy razem, jak gdyby nigdy nic. Rozmawiali. Śmieli się. Tańczyli. Jaki
to niby miało mieć sens? Przecież
doskonale wiedzieli, że to wszystko pozory. Maski które przybrali ze względu na
jakiś, kolejny, głupi plan. Przecież do tej pory nie mieszaliby się. A gdyby
tak, to jedynie w walce. Może ma to coś wspólnego , z tym ludzkim
powiedzonkiem? „Wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem.” Czy jakoś tak. Koniec końców mieli teraz wspólnego wroga.
Najgorszego z możliwych. Takiego którego nie da się pokonać . Chociażby
próbowało się całe wieki nie da się przed nim uciec. Zapomnienie. To było
najgorsze co mogło ich spotkać. Widocznie zaczęło to martwić głowy najwyższych
skoro zebrano ich tu wszystkich razem. Nie rozumiał jednak dlaczego i On musiał
przybyć. Wiedzieli przecież, że nie będzie z niego żadnego pożytku. Już od
dawna odcinał się od swojej rodziny jak tylko było to możliwe. Chyba jednak
kiepsko pojmowali aluzje, skoro zmusili go do przyjścia.
Na szczęście już na samym początku „balu” udało mu się
wymknąć przez ogromny taras do ogrodu. Tutaj nikt go nie niepokoił. Mógł
spokojnie siedzieć , na ławeczce, ukrytej w cieniu, za fontanną i popijać
szkocką prosto z butelki.
Gdy tak
rozmyślał o plusach posiadania zdolności pozwalających na niepostrzeżone
wymknięcie się z tłumu, zobaczył, że ktoś pojawił się na tarasie. Nie widział
jej zbyt dobrze- może to przez odległość, może przez wieczorową porę , a może
przez alkohol jego organizmie. Widział jednak czerwoną suknię i czarne
włosy. I nerwowe oglądanie się za plecy,
by, jak podejrzewał, upewnić się, że nikt nie zauważył jej zniknięcia. Ktoś
jednak zauważył. On. Uśmiechnął się mimowolnie. Może pora na odrobinę zabawy?
Tym bardziej, że zbiegłszy schodów, ruszyła prosto w jego stronę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz