Spotkanie
„Tak wiele rzeczy musi się wydarzyć,
aby doszło do spotkania dwojga ludzi.”
Gdy tylko poczuła chłodny powiew
świeżego powietrza stwierdziła, że jest jej zdecydowanie lepiej. Bez ciężaru cudzych spojrzeń mogła się
rozluźnić. Szybkim korkiem, właściwie niemal biegiem, przemierzyła marmurowe
schody prowadzące do ogrodu. Wiedziała doskonale, że za krzewami ukryta jest
fontanna. Zaś kawałek za nią, w cieniu drzew mały zagajnik, w którym chowała
się jako dziecko. Dziś postanowiła skorzystać z tej samej kryjówki.
Znała
te ścieżki doskonale. Właśnie dlatego nawet się nie rozglądała. Mogłaby trafić
do swojego celu nawet z zamkniętymi oczami. Poza tym sądziła , że wszyscy są w
środku, a ogród, jak zwykle podczas takich wydarzeń, jest całkowicie pusty.
Przynajmniej do czasu gdy komuś nie zbierze się na amory. Na to zaś było
jeszcze zdecydowanie za szybko. Dlatego właśnie gdy kątem oka zauważyła ruch,
aż podskoczyła i z trudem powstrzymała krzyk.
-Nie chciałem Cię przestraszyć. Aż tak.-usłyszała melodyjny
głos w którym pobrzmiewała nutka rozbawienia. Odwróciła się w stronę z której
dobiegał, jednak nikogo tam nie zobaczyła. Zmrużyła oczy. Znała ten rodzaj sztuczek.
-Gdybyś nie chciał mnie przestraszyć pokazałbyś się, zamiast
ukrywać się pod płaszczem niewidzialności- -zauważyła krzyżując ręce na piersi.
-Pod płaszczem niewidzialności? Nie. To nie to. Spróbuj
zgadnąć raz jeszcze- tym razem głos dobiegał z drugiej strony, nieco bliżej.
-Nie przyszłam tu bawić się z jakimiś triksterami-
stwierdziła, a odpowiedział jej śmiech.-Liczyłam na chwilę ciszy i spokoju. Ale
skoro nie mam na to szans, równie dobrze mogę wrócić do środka.
-Nie sądzę byś bawiła się tam dobrze. Dlatego przyszłaś tutaj. Ale odrobina kompanii może Ci się przydać. Albo przynajmniej łyczek na
odwagę?-zasugerował głos, a tuż przed nią zmaterializowała się postać
trzymająca w wyciągniętej ręce butelkę szkockiej.
-Wiesz, co? Akurat tym nie wzgardzę.-stwierdziła, bez
większego zastanowienia przyjmując ofertę. Sięgając po butelkę, przyjrzała się
swojemu niespodziewanemu towarzyszowi.
Wysoki z jasną karnacją, rudymi włosami i nieco zamglonym spojrzeniem
zielonych oczu. Nie rozpoznawała go. Nie był więc z ich stron. Musiał więc należeć do tego samego rodu co
reszta tajemniczych gości. Jej wzrok odruchowo powędrował w stronę jego prawej
dłoni, gdzie spodziewała się dostrzec sygnet z klejnotem, którego kolor
zdradziłby jej nieco więcej o swoim rozmówcy. Zmarszczyła brwi, nie odnajdując
go tam.
-Zielony. –powiedział gdy już oddała mu butelkę, krzywiąc
się lekko od smaku alkoholu. –Klejnot który chciałaś zobaczyć na mojej ręce.
Jest zielony. Zazwyczaj nie noszę go na
widoku.
-Zieleń? Raczej rzadko spotykana forma- stwierdziła,
odruchowo dotykając czerwonego kryształu zdobiącego jej dekolt.
-Widać jestem wyjątkowy.-zaśmiał się puszczając jej oczko.-
Czerwień jest popularniejsza. Ale te wszystkie odcienie…Przyznam szczerze , że
sam nie zagłębiałem się w szczegóły ile osób z waszego…Jak Wy to mówicie?
Rodu? U Was ma to więcej sensu niż u
Nas. W każdym razie, nie wiem ile u Was nosi czerwień. Pewnie całkiem sporo, prawda?
-Samą czerwień rzeczywiście wielu. Ale ten odcień tylko
piątka.
-Tylko piątka? Hmm…Mało bękartów się dorobiłaś widocznie. A
może mężulek jest wierny?- szczerze zdziwił się mężczyzna.
-Okeeey. To widocznie znak dla mnie, że pora wracać do
środka, a dla Ciebie by więcej nie pić- stwierdziła zniesmaczona, odwracając
się na pięcie- Poza tym, jeśli chcesz wiedzieć to nie mam ani dzieci ani męża.-dodała
jeszcze przez ramię.
***
Po
powrocie na sale wciąż czuła na sobie ciekawskie spojrzenia, ale postanowiła je
ignorować. Zamiast tego weszła na parkiet i tańczyła. Najpierw z Lucasem,
później z swoimi braćmi, następnie udało się jej wyciągnąć kilku kuzynów. W
końcu jednak, nieco zmęczona ciągłymi piruetami w obcasach, zajęła miejsce na
jednym z fotelów ustawionych pod ścianami.
Obok oczywiście stał mały stoliczek, na którym za sprawą Lucasa pojawiła
się od razu lampka wina.
-Masz już dość?-spytał nawet nie próbując ukryć cienia
nadziei w swoim głosie.
-Dajmy im jeszcze pół godziny. Potem możemy wymyśleć wymówkę
by się zmyć.-odparła. To była niemal ich tradycja. Gdy nudzili się na wspólnych
imprezach i wiedzieli, że nie są dłużej potrzebni, zawsze znajdowali jakiś
sposób by się wymknąć. Czasami któreś z nich naglę źle się czuło. Innym razem
dostawali telefon z ważną, nie ciepiącą zwłoki informacją. A od czasu do czas,
po prostu gubili się w tłumie, by niespodziewanie odnaleźć się na sam koniec
spotkania.
-Mogę zemdleć- zaproponował Lucas- Wciśniesz im, że za dużo
wypiłem i musisz mnie odwieźć do domu. Kochany wujcio raczej nie zaproponuje mi
noclegu.
-Po tym jak zarzygałeś mu kanapę to dziwię się, że w ogóle
mogłeś tu wejść.
Naglę muzyka ucichła. Wszyscy, odruchowo, spojrzeli w stronę
podestu dla muzyków. Teraz oprócz zespołu stał tam także gospodarz, oraz
złotowłosy mężczyzna, mniej więcej w tym samym wieku.
-Witam wszystkich ponownie. Chyba nie muszę się
przedstawiać, sądzę, że wiecie u kogo gościcie. Zapewne zastanawiacie się z
jakiej to okazji zebraliśmy się tu wszyscy. Miło mi oznajmić, że po długich
latach negocjacji z obecnym tu Odynem...-wskazał na swojego towarzysza który uśmiechnął
się i skinął lekko, w geście powitania- W końcu mamy pokój!
Na całej sali, jak na znak, rozległy się owacje i radosne
okrzyki. Sille i Lucas także zaczęli klaskać, aczkolwiek nieco zdezorientowani.
Do tej pory nie wiedzieli nawet, że takie rozmowy pokojowe miały miejsce. Gdy
owacje nieco ucichły głos zabrał drugi z mężczyzn:
-Wierzę, że ten sojusz będzie korzystny dla nas wszystkich.
Razem będziemy w stanie odzyskać potęgę która niegdyś spoczywała w naszych
rękach…. Nie jestem dobry w długich mowach. Mamy sojusz. To najważniejsze. Nie byłoby
to możliwe gdyby nie pomoc i poświęcenie wielu z nas. Dwie osoby wyróżniają się
tu najbardziej…Loki, proszę podejdź tu-mówiąc to wskazał na rudzielca który
właśnie, chyłkiem próbował przemknąć się w stronę baru. Był zbyt daleko, by
Sille usłyszała jego głos, ale sądząc po jego minie, zdecydowanie był
zdezorientowany obrotem sytuacji. Posłusznie ruszył jednak w stronę podium.
-Sille, moja droga siostrzenico, mogłabyś?-dodał Zeus
patrząc prosto na nią. Nie zdążyła odpowiedzieć w jakikolwiek sposób. Poczuła
jak na jej ustach pojawia się przymilny uśmiech, a jej ciało posłusznie ruszyło
do przodu. Dopiero teraz zwróciła uwagę na ognistowłosą kobietę, która stała w
cieniu podestu. Wykonywała ona subtelne, niemal niezauważalne ruchy rękoma.
Jęknęła w myślach, z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Mogła się domyślić.
Czuła się jak obserwator we własnym ciele. Nie mogła nic
zrobić. Widziała jak zbliża się do podium i podaje rękę swojemu wujowi. Stanęła
po jego prawej stronie, podczas gdy Loki z Odynem zajęli miejsce obok niej.
-Dzięki tej dwójce pokój zyska na sile, a więzy łączące nas
wszystkich staną się nierozerwalne.- mówiąc to Zeus złączył ich dłonie.
-Wasze małżeństwo przypieczętuje nasze losy.-dodał Odyn.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz