Już w 2016 roku opisywałam
pierwszą edycje tego festiwalu z punktu widzenia pełnej energii wolontariuszki.
Tym razem będzie trochę inaczej. Do końca nie byłam pewna czy uda mi się
dotrzeć, więc tym razem nie pisałam się na pomoc. Jednak dzięki przychylności losu
udało mi się dotrzeć i to nawet niemal na czas! Bo czym są dwie godziny
poślizgu… W ten sposób, moimi spostrzeżeniami na temat tegorocznej edycji mogę
się podzielić z Wami, z punktu widzenia zwyczajnego, nieco padniętego gościa.
Gotowi? No to lecim!
Dla mnie zabawa zaczęła się gdy tuż przed siedemnastą wraz z
pewną dziewczyną z włosami w kolorze dobrej whisky stanęłyśmy przed wejściem na
stadion Kolejarz w Chojnicach. Jaskrawe bransoletki które pojawiły się na
naszych nadgarstkach były dowodem, że trafiłyśmy w dobre miejsce. Niestety na
scenie trwała akurat przerwa między zespołami. Bynajmniej nie oznacza to, że
nic się nie działo! Już na samym wejściu można było poczuć aromatyczne zapachy
dobiegające z dwóch food trucków i grilla (frytki belgijskie tym razem wygrały).
Wśród zbierających się tłumów spacerował sobie Iron Man i damska wersja
Kapitana Ameryki. Widać sprawdzali kto jeszcze przeżył zagrywkę Thanosa. Tak jak
i poprzednio tak i teraz można było skorzystać z wysięgnika i obejrzeć panoramę
miasta z wysokości około 30/40 metrów. Gdy trzy dziewczyny z lękiem wysokości
także postanowiły spróbować (przepraszam Milena…przepraszam Martyna xD) dostały
nawet owacje od zagranicznych wolontariuszy. Jak zwykle można było zasięgnąć informacji
o wydarzeniu a także działalności Centrum Młodzieżowego i Eurodesku w
specjalnym punkcie informacyjnym. Z nowości była także Strefa Kultury która w artystyczny
a zarazem klimatyczny sposób przyozdobiła tamtejszy pomnik. Można było kupić kilka
ciekawych płyt na specjalnym kiermaszu. Osobiście, między koncertami powiększyłam
swoją małą kolekcje o album „Meteora” Linkinów. Oczywiście można było także
nabyć festiwalaową koszulkę lub płytę albo T-shirt licznych zespołów które tego
dnia zagościły na scenie. Zaś jeśli chodzi o samą scenę to wystąpili tam: Decapitated,
Octopussy, Weathered, Mass Insanity, No Shelter, The Black Thunder oraz Perpetual.
The Black Thunder był pierwszym zespołem na który zdążyłam i chyba najbardziej przypadł
mi do gustu. Rozgrzali atmosferę i przygotowali do dalszej zabawy. Nawet gdy na
ostatni kawałek padło nagłośnienie muzycy nie przerwali, nie stracili humoru i
bawili się dalej. Dzięki temu widownia także bawiła się do końca. Kolejne
zespoły bynajmniej mnie nie zawiodły. Można było szaleć do ostatniej minuty i
nuty, a nawet trochę dłużej.
Pewnie czytacie to i zastanawiacie się czemu w tytule napisałam
„rodzinna zabawa”, prawda? Cóż, każdy kto tam był rozumie. Dla reszty jest to
krótkie wyjaśnienie. Różnica wieku między osobami na festiwalu była spora.
Bawili się wszyscy. Od maluszków w wózkach po osoby starsze. Tak. Były tam
dzieci. Całkiem sporo. Które bawiły się przednio i poprawiały humor także innym
osobom. Biegały między ludźmi, walczyły na sztuczne miecze, a nawet skakały pod
sceną. Bo takie maluchy nie mają uprzedzeń i dla nich nie ważne jest miejsce.
Wystarczy, że ktoś chcę bawić się z nimi. A tu było pełno takich osób.
Podsumowując. Zabawa była przednia, nawet mimo pogody która
nie potrafiła się zdecydować czy chce nas uraczyć słońcem czy też mocnym wiatrem.
Należą się wielkie podziękowania i gorące oklaski dla wszystkich osób które
podjęły się organizacji tego przedsięwzięcia i pomocy przy nim. Brawa dla Was.
Jesteście wielcy!
No to co? Widzimy się za rok? 😉

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz